Budapeszt w 3 dni | Czy warto odwiedzić stolicę Węgier?

5/01/2019

Wiosna! Robi się coraz cieplej, coraz jaśniej, aż trudno usiedzieć w miejscu. Czas na miejskie mikropodróże oraz te nieco większe, najlepiej w ramach przedłużonego weekendu. Brak pomysłów? Na blogu znajdziecie ich sporo, a dziś przybywam z kolejnym. Budapeszt. Zobaczcie, co warto zobaczyć w stolicy Węgier. Jakie jest najbardziej instagramowe miejsce? Gdzie warto zjeść? Czy Parlament nie jest przereklamowany? I czy w ogóle warto tam jechać? Sprawdźcie!


Wiosenny wypad we dwoje, 3 dni w węgierskiej stolicy. Lot z Warszawy zajmuje zaledwie 55 minut, a z lotniska  im. Ferenca Liszta dojedziemy do centrum Budapesztu w 35 minut liniami 100E lub 200E. Pomimo pogody płatającej figle udało nam się odwiedzić niemal wszystkie zaplanowane miejsca, a na koncie mamy ponad 50 kilometrów budapeszteńskich spacerów. Jeszcze kilka słów o hotelu. Rezerwowaliśmy tradycyjnie przez booking.com i dobrze trafiliśmy. Pensjonat Centrooms House znajduje się przy placu Blaha Lujza, blisko najważniejszych atrakcji. I najlepsze, ma swój własny dziedziniec, mimo że znajduje się przy dość głośnej ulicy, jest dobrze wyciszony i sprzyja wieczornemu odpoczynkowi. Nie przedłużając, zapraszam na wycieczkę, krok po kroku.

Dzień I, rozczarowanie i węgierskie Hell's Kitchen

Pierwszy dzień upłynął na niespiesznym błąkaniu się po ulicach Budapesztu. Bez konkretnego planu. Ot tak, żeby "wczuć się" w klimat miasta. Przechadzaliśmy się po ulicy Váci, jednej z najbardziej znanych w stolicy, potężnym mostem Széchenyiego (zwanym też Mostem Łańcuchowym), którego strzegą 4 lwy, spacerowaliśmy wzdłuż pięknego Dunaju oraz przyglądaliśmy się węgierskim wielkanocnym zwyczajom (akurat był Poniedziałek Wielkanocny). Architektura naprawdę robi wrażenie, ale te śmieci na ulicach, nieprzyjemny zapach, dość widoczny problem bezdomności i zaniedbane "zwykłe" budynki. Nie tak wyobrażaliśmy sobie Budapeszt, to było trochę rozczarowujące, niewykorzystany potencjał miasta. Jednak nie ma co tracić pozytywnego nastawienia, a na to najlepsze jest poznawanie lokalnej kuchni. W końcu kulinarne zwiedzanie jest najprzyjemniejsze. I tak zawędrowaliśmy do polecanego Hungarian Hell's Kitchen na pyszne węgierskie potrawy, intensywnie paprykowe. Na pewno znajdziecie coś dla siebie, a ja gwarantuje, że będzie smacznie!





Dzień II — monumentalny Parlament, instagramowe krużganki i kurtoszkalacz

Kolejny dzień przywitał nas deszczem i 12 stopniami, ale jak wiadomo, nie ma złej pogody, jest tylko nieodpowiednie ubranie. Uzbrojeni w parasol i warstwy ubrań ruszyliśmy w kierunku prawdziwej perły Budapesztu, czyli Parlamentu. Przyznaję, że im bliżej Parlamentu, tym czyściej na ulicach i budynki bardziej zadbane. Wczorajsze rozczarowanie z każdym krokiem stopniowo znikało. Sam budynek jest ogromny, przepiękny, z mnóstwem detali. Co chwilę dostrzegaliśmy coś ciekawego w jego konstrukcji, a to kopuła, wieżyczka, zrobienia okien, lampy uliczne. Dosłownie wszystko robi wrażenie! Z tego wszystkiego zupełnie zapomnieliśmy o pomniku butów, który znajduje się gdzieś nieopodal. Po zrobieniu miliona zdjęć Mostem Małgorzaty przeprawiliśmy się na drugi brzeg Dunaju do części Buda. Przechadzając się krętymi uliczkami w końcu dotarliśmy do Baszty Rybackiej i Kościoła Macieja. W budynku Kościoła najbardziej spodobała nam się kolorowa dachówka w kształcie rombów i zdobienia fasady. Baszta Rybacka natomiast to jedno z najbardziej instagramowych miejsc w stolicy Węgier. Kto by nie chciał zdjęcia przy krużgankach z gmachem Parlamentu w tle? (Oczywiście, że takie mam!) Na końcu naszej trasy znalazł się Zamek Królewski. Z ciekawostek dodam, że są dwie opcje wejścia/zejścia — zabytkową kolejką lub schodami przez park. Zamek i Parlament to potężne budowle, które dumnie stoją nad brzegiem Dunaju, jedna po Stronie Budy, druga po stronie Pesztu. Czas na rekomendacje kulinarne. Tokaj, jeśli lubicie słodkie wina, na pewno wam posmakuje (dla mnie zdecydowanie zbyt słodkie). Nie wybierajcie tylko tych z najniższej półki. Kurtoszkalacz, czyli tradycyjne węgierskie ciasto pieczone nad węglem drzewnym. Podobne do praskich trdelników tylko 4 razy większe i jakie absolutnie przepyszne. Poważnie rozważałam żywienie się samymi kołaczami, w końcu tyle posypek było do spróbowania. Najlepiej smakują jedzone od razu, jeszcze gorące. Do takich słodkości najlepiej pasuje kawa. Polecam kawiarnie A la Maison Grand, po pierwsze piękne wnętrze, po drugie dobra kawa i desery, i śniadania, a wszystko pięknie podane. Nie zawiedziecie się!









Dzień III, czyli odpoczynek od miejskiego zgiełku...w centrum miasta

Ostatniego dnia w Budapeszcie pojawiła się prawdziwa wiosna! Nasz plan zakładał zwiedzanie kolejnych zabytków Pesztu. Ulicą Andrássyego ruszyliśmy w kierunku Terror Háza (DomTerroru). Muzeum ma upamiętniać ofiay totalitaryzmu i rewolucji na Węgrzech, Sam budynek jest ciekawy, ma błękitną elewację i napis "TERROR" wycięty na dach, rzucający cień na chodnik. Kolejnym przystankiem był Plac Bohaterów. Ogromny plac, z równie imponującą kolumnadą i 36-metrową kolumną pośrodku. Zrobiony z rozmachem, spełnia swoje zadanie, wywołując podziw (dla bohaterów). Kawałek dalej znajduje się Zamek Vajdahunyad (nie potrafię tego nawet przeczytać). To zamek trochę baśniowy, z jednej strony otoczony jeziorem, z drugiej terenami parkowymi (idealne miejsce na piknik). Co ciekawe Zamek ma nieco ponad 100 lat i łączy aż trzy style architektoniczne (gotycki, romański i renesansowo-barokowy). Można krążyć i wpatrywać się w każdą jego fasadę, okiennicę, zdobienie i długo nas to nie znudzi. Teren Zamku i Parku Miejskiego to idealne miejsce na odpoczynek od miejskiego zgiełku, na kocu wśród drzew czy na ławce przy jeziorze (osz! że też nie zorganizowaliśmy sobie tam jakiegoś pikniku). A skoro już o tym mowa to zapraszam do Karavan Street Food Budapest. To taki ogródek którego połowę zajmują food trucki (z langoszami, burgerami, kuchnią meksykańską, tajska itd.) a druga połowa to ławki i stoliku gdzie prawie w spokoju można sobie te smakowitości zjeść. Prawie, bo trzeba uważać na wszechobecne gołębie. Zaraz obok znajduje się słynny ruin pub Szimpla Kert, nie wchodziliśmy jednak do środka. A wiecie, co zachwyciło nas najbardziej w czasie tej wycieczki? Budapeszt nocą. Podświetlone zabytki i mosty, które odbijają się w tafli Dunaju i jeszcze migoczące Budapest Eye. A już pełnią szczęścia było wpatrywanie się w to wszystko zajadając kurtoszkalacza!











Stolica Węgier wzbudziła we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony przepiękna i różnorodna architektura. Monumentalny Parlament, piękne zdobienia dachu Kościoła Macieja, potężne pomniki na Placu Bohaterów i te wszystkie mosty nad Dunajem. Jednak z drugiej strony uderzyła mnie ilość śmieci na ulicach, bezdomni śpiący nawet na schodach do Baszty i zapach, dość nieprzyjemny. Widok miasta nocą rekompensuje te "niedogodności", ale nie sądzę, abym zdecydowała się odwiedzić Budapeszt ponownie. Niemniej zdecydowanie warto to miasto odwiedzić choć jeden raz, najlepiej z planem i listą absolutnych "must-see", bo miejsc wartych zobaczenia jest sporo. 


Ktoś z was był już w Budapeszcie? Jak wrażenia? Bardzo chętnie poznam wasze opinie o tym mieście.
Miłego dnia i udanych wiosennych wojaży!
Angelika

You Might Also Like

0 komentarze